RSS
środa, 22 lipca 2009
Miłe złego początki
Henry H. Neff Gobelin. Pies z Rowan
Świat Książki, Warszawa 2009

Czy naprawdę w czasach po potterowskich tak trudno napisać dobrą, oryginalną książkę fantasy dla młodzieży?
Czy też wszędzie musi być to samo, z powierzchownymi tylko zmianami kosmetycznymi...
A zaczęło się całkiem dobrze: chłopiec uzdolniony plastycznie, wybiera się z ojcem w dniu urodzin matki, która tajemniczo zniknęła dwa lata wcześniej, do Instytutu Sztuki. Tam, po dotknięciu starego gobelinu, będzie miał tajemniczą wizję i przebudzi się w nim ukryta moc.
W zasadzie dotąd było okej, a dalej niestety mamy kalkę z Pottera, praktycznie  streszczenie pierwszych 4 tomów cyklu. Począwszy od listu - zaproszenia, po naukę w szkole, przez znakomitą grę bohatera w piłkę, dwóch przyjaciół i jednego wroga, zakochanie - to "fałszywe" i prawdziwe, zdradzieckich nauczycieli, po ożywienie Złego dzięki krwi Maxa. Nie tyle nawet mamy do czynienia z nawiązaniami, co wręcz ze scenami z Pottera.
Zamiast Dumbledore'a jest pani Richter, zamiast Hagrida - ogr i Mamuśka.
Co się broni w tej powieści - postać Mamuśki, nie całkiem zresocjalizowanej Baby Jagi i ojciec chłopca - choć może trochę zbyt prześmiewczo przedstawiony. Potencjał zaś tkwi w nawiązaniach do mitologii celtyckiej i nordyckiej, jeśli zostaną wplecione w fabułę, oraz w postaci Davida, który nie panuje nad posiadaną przez siebie mocą.



12:39, literaturka
Link Komentarze (3) »
wtorek, 25 listopada 2008
Muriel Barbery "Elegancja jeża" Wydawnictwo "Twój Styl"
Książka pod względem tematyki (dojrzewanie) i podstawowej struktury (dorosły i dziecko uczą siebie nawzajem) skojarzyła mi się z książkami Josteina Gaardera i E. E. Schmitta, przede wszystkim z powieścią ostatniego zatytułowaną "Pan Ibrahim i kwiaty Koranu". Głownie przez wstrząsające czytelnikiem zdanie młodej bohaterki: "Dlatego podjęłam decyzję: pod koniec tego roku szkolnego, w dzień moich trzynastych urodzin, szesnastego czerwca, popełnię samobójstwo", oraz zakończenie książki.

Powieść jest zbudowana z fragmentów dwóch pamiętników pisanych przez bohaterki, w których ich wiedzenia świata wzajemnie się przeplatają, dopowiadają, wchodzą w dyskusję.
Renee Michel jest pięćdziesięcioczteroletnią dozorczynią w budynku zamieszkałym przez bogatych paryżan. I choć stara się zachowywać jak na dozorczynię przystało, aby nikt nie powziął cienia podejrzenia, że może być kimś innym, to w zaciszu sutereny delektuje się literaturą, filmem i muzyką. Jej próba utrzymania wizerunku, sama w sobie niezwykle zabawna i pozwalająca obnażyć powierzchowność klasy uprzywilejowanej, ich śmiesznostki i zagubienie w świecie, niepotrzebnie zostaje przedstawiona jako następstwo wydarzeń z przeszłości bohaterki.
Paloma, nad wyraz inteligentna dziewczynka, w swoim dzienniku zapisuje próby znalezienia czegoś, co przekona ją, że życie jednak ma jakąś wartość.
Obie bohaterki, oprócz miejsca zamieszkania, nieprzystosowania do świata i swoistej mimikry, łączy zafascynowanie Japonią, ukazaną w powieści w sposób całkowicie bezkrytyczny.
Z Japonii przybędzie książę z bajki, który rozpozna w kopciuszku królewnę dzięki błędom gramatycznym ;)

Książka jest nierówna, bez sprecyzowanego adresata, miejscami naiwna, patetyczna, ckliwa, a zarazem wzruszająca, ironiczna, zgryźliwa, niekiedy zadziwiająco trafna. Książka o poszukiwaniu sensu w życiu, o filozofii, kotach, jedzeniu, literaturze - zwłaszcza rosyjskiej, malarstwie, języku, Pięknie, ślepocie ludzi na siebie nawzajem, ulotności życia, letnim deszczu, kulturze jako pustej formie pozbawionej sensu. Książka z bardzo irytującym, choć w pewnym sensie oczywistym, zakończeniem.

Dodatkowym, niezamierzonym i rozbrajającym komentarzem do książki są przypisy od wydawcy, pozbawione logiki. Przypis posiadają takie hasła, jak np. Darth Vader, Cassoulet, Jiro Taniguchi, Barbara Cartland, Wladimir Propp, Grand Marnier, a bez wyjaśnienia pozostają takie terminy, jak Faro, nazwiska filozofów (Kant, Husserl), Henning Mankel, Greenaway, skrót E.T.
14:36, literaturka
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 sierpnia 2008
Justin Somper "Wampiraci. Demony oceanu" Nasza Księgarnia
Spytała mnie kiedyś koleżanka o książki dla młodzieży, w których występują piraci. ze wstydem wyznaję, że z lektur mojej młodości kojarzę tylko Kapitana Haka i Kapitana Palemona; na obrzeżach pamięci migocze mi jeszcze coś w dziewiętnastowiecznych powieściach morskich, bodajże u Sabattiniego, bo raczej nie u Verne'a?

Stąd, gdy na półce bibliotecznej moje krótkowzroczne oczy dostrzegły książeczkę o (nie)wdzięczneym tytule "Wampiraci", nie zwlekając, chwyciłam ją łapczywie. Radość moja wzrosła ogromnie, gdy okazało się, że wydała to Nasza Księgarnia, a tłumaczem jest nie kto inny jak mój ukochany Piotr W. Cholewa.
Niestety, radość nie trwała długo, w zasadzie kilkanaście stron.

Nie mogę powiedzieć, że jest to słaba książka, ale po tym wydawnictwie i tłumaczu, oczekiwałam czegoś lepszego.
Największe rozczarowanie wynika z tego, że jest to pierwszy tom cyklu, a więc zawiera same pytania; a nie są przedstawione w sposób na tyle interesujący, bym sięgnęła po kolejne tomy w poszukiwaniu odpowiedzi.

Przechodząc do meritum, czyli o czym, oprócz wampiratów oczywiście, jest ta książka.
Dwójkę głownych bohaterów poznajemy w pewną sztormową noc roku 2505, kiedy to kolejny raz wysłuchują piosenki o wampiratach, śpiewanej im przez ojca-latarnika. Kim są wampiraci, ktoś mógłby zapytać. Jeśli uczył się słowotwórstwa to z pewnością się domyśli, jeśli nie... już wyjaśniam: to połączenie wampirów i piratów. Niewyjaśnione w pierwszym tomie pozostaje, czy to wampiry, które trudnią się piractwem, czy też piraci, którzy trudnią się wamp... ehm, są wampirami. W świecie powieści są czym na kształt naszego Latającego Holendra, tzn. nikt w nich nie wierzy, ale gdy stanąć z nimi oko w oko, okazuje się, że są jak najbardziej prawdziwi. A i są znakomici, by straszyć nimi niegrzeczne dzieci...

Pierwszy króciutki rozdział wyraźnie charakteryzuje nam głównych bohaterów. Connor to siła, Grace to rozum, intiucja, a może i jakiś dar, w końcu to ona dostrzeże tajemniczy statek, którego pojawienie się uraduje ich ojca. Następnie mamy przeskok o 7 lat, czternastoletni bohaterowie (bliźnięta, co, sądząc po reakcji innych postaci, ma znaczenie) stoją nad grobem ojca. Sieroty (o ich matce nic nie wiadomo) mają do wyboru dwie drogi: albo zostaną adoptowani przez burmistrza i jego żonę, albo trafią do sierocińca. Żadna z opcji im nie odpowiada, nic zresztą dziwnego, bo przy obu paniach (właścicielce sierocińca i żonie burmistrza) (wam)piraci to najmilsze osoby pod słońcem. Cóż więc pozostaje naszym bohaterom? Ucieczka skradzioną łodzią na pełne morze. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie sztorm, w trakcie którego oboje wypadają za burtę. Connora ratują piraci, a Grace trafia na statek wampiratów. I niestety, w tym momencie cała reszta robi się już okropnie nudna... i, co uważam za największą wpadkę, nie jest ani straszno, ani śmieszno... jeno melodramatycznie.

Zaryzykuje i spróbuję zgadnąć, co będzie w kolejnych tomach: na pewno tajemnica dotycząca matki bohaterów, a i kwestia z ich ojcem nie jest do końca jasna, skoro chłopiec słyszy w myślach jego głos. Sami wampiraci i tajemniczo dobry i niekrwiopijny kapitan statku... pewnie kwestia jakiejś klątwy, którą bohaterka będzie musiała zdjąć, by uratować Loranca Fureya, przystojnego osiemnastolatka o nieco zbyt bladej twarzy i nadwrażliwości na światło słoneczne. Pierścień... a nie, przepraszam, to nie ta bajka, tu mamy chyba niemagiczny medalion i już magiczne, choć połamane lusterko. Wybór pomiędzy więzami krwi a przyjaciółmi, to zadziwiające jak niezwykle przyjacielscy są zarówno piraci, jak i wampiraci. Po prostu jak rodzina. W tle walki pomiędzy zwolennikami tradycyjnego piractwa, czyli łup gdzie chcesz i kogo chcesz (kapitan Molucco Wrathe z dredami i wężem w miejsce gadającej papugi. Uprzedzę pytanie, wąż nie mówi, za to ma wymowne spojrzenie i uwielbia daktyle), a młodymi absolwentami Akademii Piractwa (Cheng Li, opanowana jak to Chinka, z kompleksem sławnego ojca - pirata, którego miecz, jak to Chinka, trzyma za pazuchą) zdaniem których są pewne reguły napadania na statki... itd.

I jeszcze jedno, "Nasza Księgarnia" powinna jak najszybciej zmienić grafika, po ta strona książki aż woła o pomstę do nieba.



21:27, literaturka
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 lipca 2008
JAMES A. OWEN "Kroniki Imaginarium Geographica. Tu żyją smoki". Tłum. Maciejka Mażan, Nasza Księgarnia 2008
Dzięki tej książce upewniłam się w dwóch kwestiach: po pierwsze, napraaawdę wolno kojarzę, a po drugie: rozpoczynanie książki od zajrzenia na ostatnią stronę jest zaletą, a nie wadą i przynosi same korzyści. Zresztą może nie tyle wolno kojarzę, w końcu i Oxford, i student starożytnych języków, i Kensington Gardens, nie mówiąc już o Baker Street 221B, uruchomiły jakieś dzwonki w głowie, tyle że było to odległe echo; mimo wszystko nie wpadłam na to, kim są bohaterowie.
Na pierwszy rzut oka jest to typowa młodzieżowa fantasy, w której grupka niezbyt udanych przypadkowych bohaterów wyrusza pod przymusem w podróż, aby uratować magiczny świat i przywrócić na tron prawowitego władcę krainy, w tle są smoki, jakiś pierścień, a nawet pierścienie (kamienne), cienie, znikające z map krainy, wymordowana rodzina królewska, ukrywany jedyny ocalały potomek rodu królewskiego, który musi zasłużyć na tron, różne rasy, nawet roboty, itd. Itp. Po przeczytaniu pierwszych kilku stron uznałam, że to nic ciekawego ani oryginalnego, w dodatku napisanego topornym stylem, choć to ostatnie równie dobrze może być winą tłumacza (i redaktora), a nie autora. Miałam już zrezygnować z dalszego czytania tej książki, ale zupełnie odruchowo zajrzałam na koniec, i… przeżyłam bardzo miłe zaskoczenie.
Okazało się, że nie jest to sztampowa powieść fantasy, ale całkiem sympatyczna, jak na potrzeby nastoletniego czytelnika, gra literacka w tejże konwencji, zresztą ze względu na wybór głównych bohaterów (Jack, John i Charles), to mogła być tylko fantasy :D
Nie zwlekając długo ponownie zaczęłam czytać, tym razem jednak nie poświęcałam zbyt wiele uwagi stylowi czy fabule, ale poszukiwaniu aluzji literackich rozsianych w tekście. I sama nie wiem, czy po prostu pochłonęły mnie zgadywanki, czy styl się powoli rozruszał, ale czytało mi się całkiem przyjemnie, a miejscami nawet się roześmiałam (babeczki jagodowe to naprawdę tajna broń! A „Herbatka albo śmierć” to nie jest wcale łatwy wybór). Zresztą samo poszukiwanie nie przypominało wykopalisk archeologicznych, a raczej turystyczna wycieczka po znajomej krainie. Nawiązania nie są wcale głęboko ukryte, a wręcz wyraźnie pokazane – nie należy w końcu zapominać, że jest to książka dla młodzieży.
I tu właśnie pojawia się problem, o ile mały Anglik zna pisarzy o których jest ta książka, potrafi rozpoznać aluzje do Szekspira (choćby w wersji okrojonej na potrzeby szkolne), legend arturiańskich, J. Barrie’ego, J. R. R. Tolkiena, C. S Lewisa, J. Verne’a, L. Carrolla, czy A. C. Doyle’a, to dla polskiego czytelnika, mimo ostatnich ekranizacji, mogą one być nierozpoznawalne, tym bardziej, że dotyczą nie tylko ich dzieł, ale i – w niektórych przypadkach – życia (pewnie dlatego najciekawsza wydała mi się historia Jacka – zejście z jasnej drogi, strata i odzyskanie; choć i młody John budzi sympatię, przyznam, że w mojej wyobraźni utkwiło jego zdjęcie z okładki którejś biografii: starszy profesor palący fajkę).
Nawiasem mówiąc zastanawiam się, czy dzisiejsza młodzież sięga jeszcze po książki H. G. Wellsa, zaś, o ile się nie mylę, książki Charlesa Williamsa nie zostały wydane po polsku, choć ten autor (jako jedyny z trzech bohaterów) został opisany w przypisie. I właśnie tego mi zabrakło ze strony wydawnictwa, skoro sam autor na ostatnich stronach wyjaśnił aluzje, to można było pokusić się o dołączenie kilku notek biograficznych i wyjaśnienia choćby części motywów występujących na kartach książki.
Jeśli chodzi o blurb, to zamiast sięgać po wypowiedzi autorów zagranicznych, lepiej byłoby zdobyć się na wysiłek napisania kilku zdań informujących o aluzyjnej zawartości książki. Bo to, co znajduje się na tylnej okładce, raczej nie zachęca do sięgnięcia po książkę.
Jeszcze tylko słówko odnośnie grafiki. Książka jest o kartografach wyobraźni, w tekście zdolność odczytywania i tworzenia map odgrywa ogromną rolę fabularną, tymczasem w książce nie ma, o ile się nie mylę, ani jednej mapy, nie licząc tej na okładce, praktycznie zasłoniętej przez tytuł. Same ilustracje (jakby szkice ołówkiem) są nierówne, jedne są sympatyczne, kojarzące się z komiksem Liga niezwykłych dżentelmenów, inne – kiczowate.
19:56, literaturka
Link Komentarze (4) »